12.07.2018 15:20 0 mike

Open'er Festival 2018 – prawdziwa moc gwiazd

Mat. pras.

Był gwiazdy światowego formatu i dopiero dobrze zapowiadający się artyści. Tym razem (wyjątkowo) pogoda dopisała, a deszczowa tradycja nie została podtrzymana w Kosakowie, ku uciesze tysięcy open'erowiczów. Tegoroczna odsłona festiwalu Open'er przeszła już do historii, ale pozostanie na długo w pamięci uczestników tego nieprzeciętego wydarzenia. Warto więc pokusić się o kilka słów podsumowania.

Gwiazdy, gwiazdy i jeszcze raz gwiazdy… Tak można krótko podsumować aurę festiwalową. I trzeba pochwalić organizatorów przedsięwzięcia za znakomity dobór liderów współczesnej sceny światowej. Żadna z gwiazd, wyczekiwanych od wielu miesięcy, nie zawiodła. Co więcej, można wręcz powiedzieć, że ich blask przyćmiewał nieco pozostałe występy, skądinąd – również znakomite. Ale przecież gdyby było odwrotnie, można by sądzić, że najwięksi idole nie podeszli poważnie do swoich gwiazdorskich obowiązków. Tak się jednak nie stało.

Ogromnych wrażeń dostarczyły koncerty Bruno Marsa, Arctic Monkeys, Nicka Cave'a czy Massive Attack. Klasą samą w sobie byli Depeche Mode. Niektórzy fani sugerowali, że może ich występ był zbyt przewidywalny, by nie powiedzieć – sztampowy. Trudno się jednak zgodzić z taką opinią. Artyści dawali z siebie wszystko, a warto pamiętać, że nie należą oni już do najmłodszego pokolenia. Trudno ich więc porównywać z gwiazdami, które dopiero zaczynają dawać show na światowym poziomie. Zresztą w Polsce, gdzie znak DM urósł do rangi kultowego symbolu lat 80. i 90., fani wiele mogliby wybaczyć. Tym razem nie było takiej potrzeby.

Tak czy inaczej, jakością prezentowanych koncertów Open'er Festival 2018 mógłby obdzielić kilka, a może nawet kilkanaście innych, pomniejszych imprez. I publika każdej z nich byłaby zadowolona. Każdy dzień festiwalowy Open'era był niepowtarzalny i choć tradycyjnie bilety nie należały do najtańszych, trudno było znaleźć festiwalowicza, który żałowałby straconych pieniędzy i poświęconego czasu. Rock, electropop, britpop, reggae, trans i wiele innych gatunków składało się na niepowtarzalną mozaikę, z której każdy mógł wybrać coś odpowiedniego dla siebie. Do tego trzeba wspomnieć o wybornej akustyce na światowym poziomie, która zadowoliła nawet największych malkontentów. Również ekrany LED i światła sceniczne robiły świetne wrażenie.

Do plusów całej imprezy zdecydowanie należy zaliczyć dobór artystów. Niepowtarzalna atmosfera festiwalu udzieliła się wszystkim, niezależnie od wieku. Zresztą stał się on platformą porozumienia między pokoleniami. Na koncertach świetnie bawiły się całe rodziny z całej Polski i innych krajów. Ci, którzy zdecydowali się z nami porozmawiać, podkreślali, że na Open'erze jest miejsce dla każdego. Rozmawiali z nami rodzice, którzy przyjechali ze swoimi dziećmi do Gdyni, i dzieci, niemal już dorosłe, które namówiły rodziców do wspólnej zabawy. Nikt nie żałował swojej decyzji.

Wiadomo, że organizacja imprezy, na której pojawi się kilkadziesiąt tysięcy osób, to ogromne przedsięwzięcie. Czy wszystko było dopięte na ostatni guzik? Na pewno można by udoskonalić proces wywożenia odpadów z terenu festiwalu. Śmietniki w pobliżu stref gastronomicznych pękały w szwach. W rezultacie część śmieci lądowała wprost na ziemi. Pomijając ceny w strefie gastronomicznej, warto byłoby też zadbać o większą liczbę miejsc siedzących. Nie każdy chce siedzieć na trawie i nie wszyscy preferują takie rozwiązanie. Tym razem nie padało, ale piknik w błocie to średnia przyjemność…

Jedną z niedogodności było też niewyrównane podłoże lotniska, które przez wszystkie lata trwania festiwalu prezentuje się, delikatnie mówiąc, nie najlepiej. Skręcona kostka nie jest zbyt pożądaną pamiątką z koncertu. Poza tym byliśmy świadkami, że pokonanie tego terenu na wózku inwalidzkim jest niemal niewykonalne bez pomocy silnych osób trzecich. To również powinno dać organizatorom do myślenia. Być może dobrym pomysłem byłoby wykonanie choćby prowizorycznych, utwardzonych ciągów pieszych.

Warto byłoby pomyśleć również o darmowych punktach dystrybucji wody. Nie jest to ogromny koszt, a znacząco poprawiłby komfort festiwalowiczów, zwłaszcza w upalne dni. Również liczba toalet pozostawia wiele do życzenia. Niestety, widok osób załatwiających publicznie swoje potrzeby fizjologiczne (na szczęście, te mniejsze) nie należał do rzadkości.

Gdzie jest duża impreza masowa, tam pojawia się nadmiar alkoholu. To niemal nieuniknione, również w Gdyni. Wprawdzie ochrona dbała, żeby nikt nie wnosił własnych trunków na teren lotniska, ale część osób raczyła się alkoholem jeszcze przed wejściem na koncerty. Na skutki nie trzeba było długo czekać… Co prawda, obyło się bez poważniejszych ekscesów, ale nietrudno było spotkać osoby, które ledwo trzymały się na nogach albo „odpoczywały” na trawie. Dziesiątki potłuczonych butelek to niezbyt chlubna wizytówka imprezy, choć trudno winić o nią jedynie organizatorów…

Całkiem nieźle funkcjonowała komunikacja zbiorowa. Darmowe autobusy były zbawieniem dla setek imprezowiczów. O dodatkowe pociągi zadbała też trójmiejska SKM. I całe szczęście, bo dzięki temu udało się uniknąć paraliżu komunikacyjnego na północy Gdyni, choć parkingi i tak były przepełnione. Swoją drogą, sporo do życzenia mogło pozostawić oznakowanie trasy dojazdowej. O ile stosowne strzałki można było zauważyć m.in. na ulicy Morskiej, o tyle kierowcy zmierzający do Kosakowa krajową szóstką od strony Lęborka musieli się kierować wskazaniami GPS. Albo po prostu intuicją…

Mniejsze i większe niedociągnięcia nie popsuły jednak pozytywnego całokształtu imprezy, która zyskała już rangę znaczącego europejskiego wydarzenia muzycznego. Niektórzy twierdzą wręcz, że Open'er Festival jest tylko jeden na całym świecie. I z utęsknieniem czekają już na kolejną edycję tej imprezy, na której naprawdę można poczuć moc gwiazd.


Czytaj również:

Najlepsza letnia impreza w mieście
Trwa Wczytywanie...